Powołani do wolności
Powołani - nie tylko duchowni
Słowo „powołanie” przeciętnemu katolikowi niemal nierozerwalnie kojarzy się ze stanem duchownym. Sam łapię się na tym, że kiedy słyszę o powołaniu to od razu przed oczami staje mi obraz księdza czy zakonnika, zupełnie tak jakby ten termin odnosił się tylko do nich. Jest może w tym trochę winy samych księży, którzy w trosce o zapewnienie posługi pasterskiej, wiele mówią o potrzebie powołań kapłańskich, niejako na dalszy plan spychając mówienie o potrzebie rozeznania powołania przez każdego z nas. Powołań jest przecież tyle ilu ludzi, jest powołanie do kapłaństwa, do małżeństwa, do samotności, ale też do bycia nauczycielem, księgowym, wolontariuszem czy robotnikiem. Każdy z nas ma do odegrania pewną rolę w świecie i w Bożym planie zbawienia. Dla własnego szczęścia powinniśmy tego miejsca szukać i rozeznawać swoje własne powołanie. Tylko co w praktyce znaczy być powołanym?
Powołanie to nie fatum
Niektórzy (ja do niedawna do nich się zaliczałem) powołanie rozumieją jako rodzaj przeznaczenia, jakąś zewnętrzną wolę Boga, który z góry wyznaczył dla nas przyszłość, od której nie ma ucieczki. Takie rozumienie powołania prowadzi do lęku, że Bóg chce czegoś przeciwnego moim planom, że szykuje coś czego nie chcę i przymusza mnie do rezygnacji z własnej wolności. Takie przekonanie jest jednak fałszywe, oddala od Boga zamiast do niego przybliżać. Jak zatem mamy rozumieć powołanie? Ciekawą myśl podsuwa Thomas Merton:
„Nasze powołanie nie jest nadprzyrodzoną loterią, ale współpracą dwóch wolności, a więc i dwóch miłości*. Stawianie problemu powołania poza kontekstem miłości i przyjaźni jest rzeczą beznadziejną.” [Nikt nie jest samotną wyspą, Powołanie s.108]
Nadprzyrodzony dialog
Powołanie jest więc dialogiem, między bliskim nam Bogiem, który chce naszego szczęścia i naszą wolnością, naszymi pragnieniami i zdolnościami. Bóg zgadza się na nasze wybory, nawet jeśli nie są one dla nas najlepsze i wciąż próbuje pokazać nam drogę, do lepszego spełnienia naszego zadania i dokonania rzeczy większych. Powołanie jest zaproszeniem, drogowskazem do większego szczęścia i spełnienia się w człowieczeństwie. Powołanie jest zaproszeniem do zrobienia rzeczy wielkich, często przekraczających nasze ludzkie możliwości. Ten nadprzyrodzony dialog pozwala połączyć naszą wolność z Bożą łaską i wsparciem. Jak w takim razie odnaleźć swoje powołanie? Może lepiej zapytać, jak wciąż swoje powołanie wypełniać?
Poszukiwanie powołania
Przywołam ponownie słowa Thomasa Mertona:
„Nie wyobrażajmy sobie, że odkryjemy to przeznaczenie, grając w chowanego z Opatrznością Bożą. Nasze powołanie nie jest zagadką Sfinksa, którą musimy natychmiast rozwiązać albo zginąć. Niektórzy ludzie odkrywają w końcu, że się wiele razy mylili i że ich paradoksalnym powołaniem było przejść przez życie szeregiem pomyłek. Zwykle dopiero po długim czasie zdają sobie sprawę, że tak było dla nich lepiej.” [Nikt nie jest samotną wyspą, Powołanie s.108]
Nie znaczy to jednak, że należy w związku z tym iść „na żywioł” i poddawać się bezwolnie wypadkom życiowym licząc na to, że w ten sposób powołanie samo się wypełni. Bóg chce naszej wolnej decyzji, chce naszego udziału i zaangażowania. Bez zapału i chęci nie można dokonać rzeczy wielkich. Człowiek jest prawdziwie wolny i jako taki nie powinien bać się swoich decyzji i pragnień. Potrzeba poszukiwania powołania, powinna prowadzić nas do rozeznawania woli Bożej wobec nas w różnych wydarzeniach naszego życia. W tym rozeznawaniu powinniśmy brać pod uwagę nie tylko Boże przykazania i nakazy sumienia, ale też nasze uzdolnienia, wewnętrzne poruszenia, pragnienia i cele. Dopiero na podstawie tych wszystkich przesłanek możemy podjąć zupełnie wolną decyzję, nie poddając się lękowi, że znów błądzimy.
Dla przykładu, człowiek, który czuje się w warsztacie jak ryba w wodzie, wykonuje swoje obowiązki z pożytkiem dla innych, którzy z jego pracy korzystają, jest wobec nich uczciwy i szczery, może spokojnie założyć, że jako mechanik dobrze wypełnia swoje powołanie. Z jednej strony jego praca, poświęcenie, i wierność Bożym przykazaniom, a z drugiej dane mu zdolności i łaska, które pomagają mu w codziennych trudnościach i przezwyciężaniu pokusy np. zaniedbywania swoich obowiązków czy oszustwa - tak w praktyce wygląda współdziałanie dwóch wolności.
Na koniec chciałbym przytoczyć słowa św. Pawła, które mi osobiście pozwalają przezwyciężać lęk, że źle rozeznaje swoje powołanie:
„Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra*, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. (…) Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” [Rz 8, 28;31]
* - podkreślenie moje


Chyba nadal nie rozumiem:
Skoro Bóg “z góry wyznaczył dla nas przyszłość, od której nie ma ucieczki”, to na czym polega nasz wolny wybór? Bóg przewidział nasze wybory tworząc dla nas plan?
Aborcja to więc zabójstwo człowieka, dla którego Bóg miał plan. Co zatem z poronieniami? Czy dla tych dzieci przeznaczona była śmierć przed urodzinami?
——–
“Kto Ciebie Boże raz pojąć może…”
Bóg przewidział dla nas najlepszy plan, ale my przez nasze wolne wybory możemy się na niego godzić lub nie, możemy w sposób wolny wybierać czy będziemy postępować zgodnie z jego wolą czy przeciw niej (czasem bardziej czasem mniej świadomie, stąd potrzeba rozeznawania powołania). Tak Bóg przewidział nasze wybory i dostosowuje swoje plany do naszych wyborów tak aby dać nam szansę na lepsze i bardziej szczęśliwe życie. Świetnie to widać na przykłądzie syna marnotrawnego wyszedł wbrew woli ojca, podjął wolną decyzję, która ostatecznie przyprowadziła go z powrotrm do ojca. Pewnie byłby szczęśliwy w domu, ale na swoje życzenie postąpił inaczej, aby w końcu jednak zrozumieć, że jego miejsce jest przy ojcu.
Co do drugiego pytania to trudno odpowiedzieć człowiekowi jakie są plany Boże względem nienarodzonych dzieci i względem osób, których ta tragedia dotyka, nie mnie to rozsądzać. Nikt nie mówi, że plany Boże są logiczne i proste z punktu widzenia człowieka. Zgadzam się z Tobą “Kto Ciebie Boże raz pojąć może…”
Miło znów Was czytać, po tej długiej przerwie… Ciekawy tekst, zastanawiający. Choć unosi się nad nim duch częstej w Kościele refleksji: jeśli coś ci w życiu wychodzi, zawdzięczasz to Bogu, jeśli nie - sam sobie jesteś winien. Podobnie tu się ma rzecz z powołaniem.
Poza tym po przeczytaniu tego tekstu nadal nie wiem, czym jest to powołanie. Owszem, wiem, że nie jest predestynacją, to jasne. Ale skoro piszesz, że nawet minięcie się z powołaniem, czy pasmo porażek może być powołaniem (upraszczam, ale wierzę, że się rozumiemy) to dość mało konkretne pojęcie, a fakt odkrycia powołania chyba nieweryfikowalny. Czy nie jest to zatem trochę na siłę tworzona religijna kategoria, którą w zupełności zastąpić może laickie “żyj w zgodzie z sumieniem, tak żebyś był szczęśliwy i dawał szczęście innym”. Sumienie, tu, z znaczeniu kolokwialnym.
Kolejna sprawa, raz piszesz, że “powołanie jest zaproszeniem do zrobienia rzeczy wielkich, często przekraczających nasze ludzkie możliwości”, a za chwilę, że skromna rola księgowej i mechanika też powołaniem bywa? Jeśli miarą wypełnienia własnego powołania jest wielkość czynu, to doprawdy niewielu się ta sztuka udaje…
Pozdrowienia.
Cieszę się, że mimo długiej przerwy nie straciliśmy chociaż naszych stałych czytelników:) Witamy ponownie i mamy nadzieję, że uda nam się pisać bardziej systematycznie.
Hmmm… Co do “częstej w Kościele refleksji” to zgadzam się z nią całkowicie. Wydaje mi się zresztą dość oczywista bo skoro my naprawdę wierzymy, że Bóg stworzył nas z miłości i wierzymy w jego wszechwiedzę i wszechmoc to chyba logicznym jest założenie, że jego plan stworzony dla nas jest najlepszą możliwością, a wszystko co od tego planu oddala jest skutkiem słabości i grzechu wynikającego z naszej wolnej woli występowania przeciw Bogu, a w konsekwencji sobie samym.
Faktycznie trudno raczej zweryfikować naukowo osiągnięcie powołania, ale przyznasz, że nawet w języku potocznym mówi się o jakiejś osobie, że np. to jest strażak z powołania. Trudno to zweryfikować, ale jakoś to się czuje i się wie. Nie wiem czy jest to kategoria tworzona na siłę, ale w sensie ogólnym mogę się zgodzić, że właśnie jest to życie zgodne z sumieniem w znaczeniu kolokwialnym lub dla człowieka wierzącego w znaczeniu dosłownym. Można powiedzieć, że jest to poszukiwanie swojego miejsca w świecie i swojej “misji” do spełnienia względem innych ludzi.
Trochę inaczej definiuję rzeczy wielkie. Czy wybudowanie piramidy jest rzeczą przekraczającą ludzkie możliwości? Może nie każdy jest do tego zdolny, ale chyba można. Nie chodzi o to, że człowiek odnajdujący powołanie staje się jednostką wybitną w sensie obiektywnej oceny wielkości czynów. W moim przekonaniu wielkość czynu mierzy się zdolnością do zapanowania wolą nad ludzką słabością i skłonnością do pójścia na łatwiznę, nadstawienie przysłowiowego drugiego policzka. Przykładowo człowiek, który dobrowolnie rezygnuje z możliwości intratnego awansu mimo trudnej sytuacji materialnej swojej rodziny, bo musiałby postąpić nie do końca zgodnie ze swoim sumieniem (np. oszukać pracodawcę, donieść na kogoś, robić rzeczy, których nie akceptuje) jest obiektywnie nieodpowiedzialny lub w najlepszym wypadku jest frajerem, ale z punktu widzenia powołania jest bohaterem.