Piotr i Paweł

Apostolstwo internetowe
Subscribe

Dzieci i szopka

styczeń 19, 2010 Autor: Piotr Kategoria: Piotr

Trochę pokrętnym torem chciałbym przejść do ciekawej kwestii związanej z uczestnictwem dzieci w nabożeństwach w kościele. Wszechobecne jeszcze szopki Bożonarodzeniowe to dobry pretekst, by zaprowadzić dziecko do kościoła. Często jest jednak tak, że dopiero przyprowadzenie dziecka powoduje, że mamy w kościele niezłą szopkę…

Powyższa kwestia jest dość wrażliwa i ścierają się tu wyraźnie dwa fronty: (1) tych, którzy optują za dostojnym i bardzo poważnym uczestnictwem (powiedzmy Dostojnicy) oraz tych, którzy optują za swobodnymi pląsami (powiedzmy Pląsacze).

Konflikt polega na tym, że Dostojnicy nie mogą się skupić na tajemnicy eucharystycznej, podczas gdy Pląsacze podkreślają słowa „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie” [MK 10, 14]. Obie strony mają przy tym swoją odrębną wizję, a propozycja medytacyjno-zabawowa nie wchodzi w grę.


Na poważnie

Wbrew pozorom problem jest jednak bardzo poważny. Pamiętajmy, że w Kościele autentycznie stykamy się ze świętością, którą należy uszanować. Przy tym bardzo nam zależy, by do kościoła dzieci przychodziły i chciały przychodzić, gdyż jest to integralna część ich wychowywania w wierze. Jednocześnie trudno jest uzyskać efekt harmonii między należnym szacunkiem a naturalną ciekawością. Coś jak u ks. Twardowskiego, który pisał o tych dzieciach, które mimo swojej żywiołowości potrafią choćby intuicyjnie zrozumieć pewną świętość, z którą się stykają w kościele [ks. Jan Twardowski „Naucz się dziwić”].

Moją propozycją jest mądre spojrzenie uwzględniające perspektywę dziecka.

Anty-przykład

Przeglądając internet natknąłem się na pewną stronę z kompletnie absurdalnymi i idiotycznymi poradami radzenia sobie z niegrzecznym dzieckiem. Chętnie podam to jako anty-przykład, czego raczej nie robić. Dla przykładu należy zabrać do kościoła „kilka książeczek czy nie grających zabawek (…) polecić dziecku pilnowanie misia lub lalki (…) nie zapomnij zabrać coś do picia i jedzenia” – z ciekawymi uzasadnieniami typu: „aby siedziało cicho (…) zajmie dziecko na jakiś czas” itp. [LINK]. Oczywiście z tego typu sugestiami nie można się absolutnie zgodzić. Dziecko nie przychodzi do kościoła, tylko po to by być i bawić się misiem. Pokazuje to, że czasem kopiujemy własne niedbalstwo na swoje dzieci, a jednocześnie pokazujemy, że dorośli mogą być mniej dojrzali w swym podejściu do Kościoła niż zdolne są do tego dzieci.

Bardzo łatwo jest rozpasać dziecko, dlatego powyższych sugestii absolutnie nie powinno się stosować. Osobiście muszę przyznać, że jestem bardzo życzliwy względem dzieci w kościele, choć spotkałem się też z sytuacją, w której dzieci puszczały do siebie samochodziki, co uznałem już za zdecydowaną przesadę – zwłaszcza, że działo się to niedaleko ołtarza. Dziecko w kościele, to nie to samo co dziecko w piaskownicy.

Mądre spojrzenie

Nie sądzę również, że dziecko musi sztywno siedzieć całą mszę i pod groźbą kary zgrywać dorosłego. „Mądre spojrzenie”, które chciałbym zaproponować ma wyeliminować skrajności. A na czym ma polegać? Przede wszystkim na uwzględnieniu perspektywy dziecka. Pamiętajmy, że w zależności od wieku kieruje nimi zróżnicowany poziom ciekawości oraz ruchliwości. Warto nasze zachowanie dostosować do dziecka (w pewnym stopniu), co jednak wymaga odpowiedniego przygotowania. Poniższe sugestie, to oczywiście propozycja i już teraz zachęcam do dyskusji.

Tajemnica

Przygotowanie rozpoczyna się jeszcze w domu. Pamiętajmy, że dzieci najbardziej porusza coś, co jest pozornie dla nich niedoścignione. Warto może wspomnieć: „Nie wiem, czy nie jesteś za mały (…) to poważna sprawa (…) to będzie bardzo ważne…” – niech dziecko nastawi się na pewną tajemnicę, a z pewnością się nie rozczaruje (jak w wierszu ks. Twardowskiego). Jednocześnie wzbudzamy ciekawość i chęć poznawania. Możemy równie dobrze zwrócić dziecku uwagę na to jak się zachowują inni ludzie, przez co mamy również efekt socjalizacji. Odpowiednie nastawienie i podtrzymanie pewnego napięcia to połowa sukcesu, gdyż utrzymujemy zainteresowanie dziecka.

Odkrywanie

Bycie w kościele to dla dorosłego szansa na odkrywanie miłości Boga w swoim życiu. Dla dziecka to dopiero poznawanie Boga, ale przede wszystkim dajmy dziecku szansę. Nie damy mu szansy, jeśli damy mu jednocześnie misia, ciacho i resorek. Nie damy mu też szansy każąc siedzieć sztywno na tyłach kościoła. Odważnie należy kierować się do przodu, by dziecko dokładnie widziało, że coś się dzieje w centralnym miejscu świątyni.

Ponadto dajmy dziecku oglądać – poznawać. Oczywiście, nie oznacza to zabawy w Indianę Jonesa, ale o stopniowe „wtajemniczanie” dziecka i wskazywanie na różne elementy. Sądzę, że nawet bardzo wrażliwi wierni nie będą mieli nic przeciwko, jeśli z dzieckiem na ręku lub u boku przejdziemy wzdłuż nawy bocznej, by pokazać obraz, rzeźbę lub figurkę. Dajemy dziecku odkrywać, ale na spokojnie i najlepiej w jakimś określonym celu, który warto wcześniej ustalić – nawet w formie zabawy (typu: zapamiętaj jednego świętego, o którym poczytamy w domu albo zapamiętaj trzy szczegóły z tego, co robi ksiądz, o czym dowiesz się więcej w domu).

Doceniajmy dzieci! Jeśli założymy, że nic ono nie zrozumie, to tak pewnie zostanie. Jeśli zaś postaramy się odkrywać Boga razem z nim, to jest szansa, że zacznie ono dużo szybciej rozumieć wiele rzeczy. Jest to także duży plus dla bardzo krytycznych osób. Im wcześniej Wasze dziecko zrozumie, tym szybciej będzie dociekać i szukać więcej.

Bez skrajności

Powyższe sugestie mają pewien istotny wymóg – należy mieć już pewną wiedzę lub przynajmniej trzeba chcieć ją zdobywać, by można ją było stopniowo przekazywać dziecku. Do tego można np. czytać regularnie naszą stronę internetową: www.apostolstwo.org by wciąż odkrywać zagadnienia naszej wiary.

Starajmy się przy tym unikać skrajności. Do obecności dzieci podchodźmy z życzliwością, gdyż też są członkami wspólnoty Kościoła. Z drugiej zaś strony starajmy się, by dzieci również jak najpełniej odkrywały obecność Boga, a nie przychodziły na piknik.

35 Odpowiedzi to “Dzieci i szopka”


  1. Fladnag pisze:

    O ile dobrze zrozumiałem, zasugerowane przez Ciebie działania mają wpłynąć na młodego człowieka i doprowadzić w przyszłości do świadomego pozostania na łonie Kościoła. Ok… Zapominasz chyba jednak o jednym aspekcie całej tej kwestii. Wiercenie się, łażenie, bieganie i cały ten szeroki wachlarz zachowań, jaki mamy czasem okazję oglądać wynika nie tylko z dziecięcej natury, ale również z jakości mszy, bo wypada tu zadać sobie pytanie, czy msza jest w ogóle interesująca dla dziecka. Pomijam kwestie mszy dla dorosłych. Ale tzw. dziecięce? Pogadanki bardziej infantylne nieraz niż teletubisie, albo test na słuchanie ze zrozumieniem… I jak wytłumaczyć te wszystkie tajemnice związane z liturgią? Wino przemienia się w krew? Ten biały okrągły opłatek to ciało? Dziecko nie zrozumie metafizyki… Jeśli w to uwierzy, to będzie to bliższe wierze w św. Mikołaja niż łasce wiary… Czy to ma sens?

    Dzieci muszą dorosnąć do Kościoła, ale Kościół do dzieci chyba też…

    A tak na marginesie, szkoda, że nie pociągnąłeś wątku Dostojników i Pląsaczy - przy tak dobranych nazwach nie mam wątpliwości po czyjej jesteś stronie…

  2. Alba pisze:

    Niestety, obawiam się, że w naszych kościołach dzieci są często “sterroryzowane” przez pobożne starsze panie, które chciałyby, aby dzieci stały na mszy grzecznie niczym zakonnice klauzurowe. I czy można się potem dziwić, że kościół kojarzy się dziecku raczej ze smutnym miejscem przymusu, niż “z Domem (także jego) Ojca”? I czy Jezus mówiąc “pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie” miał na myśli tylko dzieci “grzeczne”, dobrze ułożone, takie, które raczej widać, niż słychać? Wątpię. Oczywiście, nawet małe dzieci można wprowadzać (stopniowo) w wielkie prawdy, ale zawsze z uwzględnieniem ich możliwości psychofizycznych. W Polsce wielkim rzecznikiem takich prób jest ks. bp Antoni Długosz, który za to otrzymał Order Uśmiechu.

  3. JoannaM pisze:

    Do mnie bardziej przemawia inny niż wyżej wspomniany wiersz ks. Twardowskiego: “O maluchach”: http://www.wpk.p.lodz.pl/~sebekmez/t/text0097.html
    Mnie nie rozpraszają dzieci w kościele. Najważniejsze, żeby nie biegały po całym kościele i nie krzyczały. Mogą porozmawiać ze sobą albo z rodzicami, czy pobawić się jakąś zabawką. Dzieci nie rozumieją wszystkiego, a często są zabierane do kościoła tylko dlatego, że nie ma kto z nimi zostać w domu. Nie wymagajmy więc od nich wielkiego skupienia, tym bardziej, że często np. na kazaniach poruszane są tematy zupełnie im nieznane.
    Podobają mi się organizowane w niektórych parafiach msze ze specjalnym kazaniem dla dzieci, w czasie którego ksiądz schodzi z ambony i wyjaśnia dzieciom, co przed chwilą usłyszały i podpytuje o zapamiętane np. z czytania fragmenty. Ale to są już starsze dzieci, przygotowujące się do I Komunii.
    Ja ze swojego dzieciństwa pamiętam, że często nie chciało mi się chodzić do kościoła, bo tylko bym się tam nudziła - niewiele rozumiałam, wyczekiwałam z utęsknieniem końca mszy.

  4. Piotr pisze:

    Fladnag: Coś się nie możesz zdecydować. Z jednej strony pytania na zrozumienie tekstu są zbyt infantylne, a z drugiej sugerujesz, że nie zrozumieją metafizyki.
    Dodam tylko, że testy na zrozumienie tekstu ciągną się aż do matury, więc nie sądzę, by było to złe podejście do dzieci.
    Myślę akurat, że w tym zakresie wszyscy się muszą wiele nauczyć, ale jesteśmy na dobrej drodze. Nie mogę się też zgodzić z sugestiami, że “nie ma sensu” takie prowadzanie do kościoła, no bo jak inaczej wzbudzać krytyczne myślenie u dziecka, jeśli nie przez wprowadzanie do Kościoła i liturgii?

    Alba: Pomyśl, że starsze panie czują się sterroryzowane przez dzieci… Przykład ks. bpa Długosza jest bardzo ciekawy. Z jednej strony najbardziej pozytywny człowiek przemawiający językiem dzieci, ale z niestety przez nieco “dojrzalszych” wyśmiewany… I bądź tu mądry…

    JoannaM: Mam nadzieję, że już teraz kościół nie kojarzy Ci się z nudą :) Tekst mój polegał właśnie na próbie znalezienia złotego środka, choć tak na prawdę to powinni go szukać rodzice indywidualnie dla swojego dziecka. Przekonany natomiast jestem, że w duchu życzliwości w kościele mogą zagościć i pobudliwe dzieci i pobożni dorośli.

  5. Fladnag pisze:

    Drogi Piotrze, bo ani odpytywanie dzieci z treści nie ma sensu (poza edukacyjnym, ale znam lepsze sposoby przygotowania się do matury jak chodzenie do kościoła), ani tym bardziej wprowadzanie ich w meandry teologii.

    Nie zgodzę się też, co to “wzbudzania krytycznego myślenia”, bo gdzie, jak gdzie, ale w kościele miejsca na krytykę za wiele nie ma.

    Jeżeli już szukać recepty na oswojenie dzieci z religią, to skłaniałbym się bardziej do katechez; w rozsądnej formie, nie w szkołach, ale w salkach katechetycznych. Tym się to przede wszystkim różni od mszy, że dziecko ma tu święte prawo zadać pytanie, a nie musi tylko słuchać i odpowiadać.

  6. Paweł pisze:

    @Fladnag
    Z tymi salkami katechetycznymi to jestem jak najbardziej za, od dłuższego czasu jestem zdania, że religia w szkołach to kiepski pomysł i robi Kościołowi więcej szkody niż pożytku. Zresztą mam takie doświadczenie z mszy w Wielkiej Brytanii i tam właśnie tak się to odbywa. Młodsze dzieci przychodzą z rodzicami do Kościoła, rodzice zostają na mszy, a dzieci z katechetkami idą do salki. Moim zdaniem to bardzo dobre rozwiązanie. Jednak moim zdaniem tylko dla dzieci najmłodszych tak na oko do 5-6 lat i nie powinno to być całkowite zastąpienie mszy, bo uczestnictwo w tm obrzędzie jest jednak dla chrześcijanina ważne (i niezależne od intelektualnego zrozumienia, można wyjść z Kościoła z pustą głową, ale wynieść łaskę). Nleży dzieci od najmłodszych lat do tego misterium przyzwyczajać i w nie wprowadzać, więc katecheza katechezą, ale rodzice muszą w pewne zwyczaje dzieci wprowadzać. Zgadzam się tu z Piotrem, że wzbudzanie ciekawości w dzieciach jest tu dobym rozwiązaniem. Nie widzę niczego złego w tym, żeby małe dziecko rozumiało mszę na takiej samej zasadzie jak wiarę w św. Mikołaja czy inne baśnie, jeśli tylko wraz z jego rozwojem będzie się je wyjaśniało i przemieniało z baśni w prawdy objawione i ich rozumienie.

  7. Lidia pisze:

    Absolutnie zgadzam się z artykułem. Przykładem na “rozpasanie” jest rodzina mojego przyszłego męża. Mój narzeczony ma małą siostrę (5 lat), rodzice zabierają ją do kościoła (co jest jak najbardziej słuszne), jednak zawsze towarzyszą jej zabawki. Mało tego, dziewczynka siada pod samym ołtarzem i bawi się lalkami barbie czy innymi “zabijaczami czasu”. Kiedyś zwróciłam uwagę jej mamie, na co ona odpowiedziała, że “przecież Kasia jest jeszcze mała”. Hmm..no tak ale przyprowadzają oni małą na msze dla dzieci, ksiądz ma odpowiednie podejście do maluchów, nie wygłasza kazań tylko próbuje animować ewangelię- do tego zaprasza dzieci, są odgrywane scenki itd. Dlaczego nie skierować uwagi dziecka właśnie na to? Mam wrażenie, że to objaw pewnego lenistwa. Moi rodzice prowadzili mnie do kościola od “najmłodszych moich lat”. I nigdy przenigdy nie brali ze sobą zabawek, cukierków, picia itd. Godzina mszy to nie wieczność. Dzięki temu mam teraz szacunek do Kościoła, księży itd.. niedopuszczalne dla mnie jest spóźnienie się na mszę czy rozmowa w czasie kazania..po prostu źle się z tym czuję. A czy młode pokolenia będą przychodzić do kościoła jak dorosną? Szczerze mówiąc wątpię.. Pozdrawiam

  8. Mmm pisze:

    Jestem zdecydowanie zwolenniczką koncepcji “Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie” - dziecko ma prawo pytać na bieżąco, czasem też przespacerować się po kościele (60 minut w bezruchu to niemożliwe dla normalnego 5-8 latka), nadmierny rygor może tylko dziecko skutecznie zniechęcić, ale oczywiście dziecko musi mieć świadomość, gdzie jest (a więc zabawki i jedzenie wykluczone). Aby wszystko przebiegało gładko, rodzice z dziećmi powinni przychodzić na msze dla dzieci, przeważnie już prowadzone przez księży, którzy umiejętnie dobierając przykłady potrafią dotrzeć do dzieci. No i oczywiście nie powinno się przyprowadzać zbyt małych dzieci - nie są w stanie nic zrozumieć i tylko się męczą.
    Tym, którym się nie podoba, że dzieci podchodzą do ołtarza, gadają i siadają w ławkach z przodu, niech chodzą na msze “dla dorosłych” - jest ich w sumie większość. Nic gorszego, niż mocno starsi ludzie wpychający się w ławki między dzieci i to na mszach dla nich przeznaczonych (np. na rozpoczęcie roku) i głośno komentujący ich “bezbożne” zachowanie…

  9. KASIA pisze:

    SPODOBAŁ MI SIĘ TEN ARTYKUŁ. PRZYPROWADZANIE MAŁYCH DZIECI DO KOŚCIOŁA JEST SŁUSZNE.WSZYSTKO ZALEŻY OD PODEJŚCIA KSIĘDZA,ZACHĘCANIA ICH DO UCZESTNICTWA WE MSZY,ODROBINY ZAINTERESOWANIA ZE STRONY KSIĘDZA. JEST TAKA MAŁA WIOSKA KOŁO SZCZAWNICY, TAM DZIECI SIADAJĄ WKOŁO OŁTARZA. ZAWSZE PO KAZANIU KSIĄDZ ZNAJDUJE 5 MINUT BY TE DZIECIACZKI PRZEPYTAĆ W ŻARTOBLIWY SPOSÓB CO ZAPAMIĘTAŁY Z KAZANIA. DZIECI BARDZO CHĘTNIE PRZYCHODZĄ DO KOŚCIOŁA, WRĘCZ SIĘ GARNĄ.JEŚLI KTÓRE ROZRABIA TO WYSTARCZY ŻE KSIĄDZ POGROZI PALCEM TO JEST SPOKÓJ.
    INNY PRZYKŁAD: KAPLICA DOJAZDOWA W INNEJ, KSIĄDZ PROBOSZCZ WYGŁASZA KAZANIE, A PO KOŚCIELE SPACERUJE MALUSZEK MOŻE2 LETNI,NIE ŻEBY COŚ MARUDZIŁ, PŁAKAŁ, CZY PRZESZKADZAŁ. KSIĄDZ PROBOSZCZ PRZERYWA KAZANIE I PADAJĄ SŁOWA:”DROGA MAMUSIU PROSZĘ ZABRAĆ TO DZIECKO BO MNIE ROZPRASZA”… DROGA MAMUSIA PODESZŁA, WZIĘŁA BOBASKA NA RĘCE I WYBIEGŁA PRAWIE Z PŁACZEM Z KOŚCIOŁA.
    TAK WIĘC MOI DRODZY JAK DZIECI SĄ ODBIERANE W KOŚCIELE JEST ZALEŻNE PRZEDE WSZYSTKIM OD KSIĘDZA, NIE POTRZEBA ANI ZABAWEK, ANI JEDZENIA, WYSTARCZY TROSZKĘ DOBREJ WOLI ,ZAINTERESOWANIA DLA DZIECI I BĘDĄ CHCIAŁY CHODZIĆ DO KOŚCIOŁA!!!

  10. KASIA pisze:

    SPODOBAŁ MI SIĘ TEN ARTYKUŁ. PRZYPROWADZANIE MAŁYCH DZIECI DO KOŚCIOŁA JEST SŁUSZNE.WSZYSTKO ZALEŻY OD PODEJŚCIA KSIĘDZA,ZACHĘCANIA ICH DO UCZESTNICTWA WE MSZY,ODROBINY ZAINTERESOWANIA ZE STRONY KSIĘDZA. JEST TAKA MAŁA WIOSKA KOŁO SZCZAWNICY, TAM DZIECI SIADAJĄ WKOŁO OŁTARZA. ZAWSZE PO KAZANIU KSIĄDZ ZNAJDUJE 5 MINUT BY TE DZIECIACZKI PRZEPYTAĆ W ŻARTOBLIWY SPOSÓB CO ZAPAMIĘTAŁY Z KAZANIA. DZIECI BARDZO CHĘTNIE PRZYCHODZĄ DO KOŚCIOŁA, WRĘCZ SIĘ GARNĄ.JEŚLI KTÓRE ROZRABIA TO WYSTARCZY ŻE KSIĄDZ POGROZI PALCEM TO JEST SPOKÓJ.
    INNY PRZYKŁAD: KAPLICA DOJAZDOWA W INNEJ, KSIĄDZ PROBOSZCZ WYGŁASZA KAZANIE, A PO KOŚCIELE SPACERUJE MALUSZEK MOŻE2 LETNI,NIE ŻEBY COŚ MARUDZIŁ, PŁAKAŁ, CZY PRZESZKADZAŁ ALEŻ NIE!!! . KSIĄDZ PROBOSZCZ PRZERYWA KAZANIE I PADAJĄ SŁOWA:”DROGA MAMUSIU PROSZĘ ZABRAĆ TO DZIECKO BO MNIE ROZPRASZA”… DROGA MAMUSIA PODESZŁA, WZIĘŁA BOBASKA NA RĘCE I WYBIEGŁA PRAWIE Z PŁACZEM Z KOŚCIOŁA.
    TAK WIĘC MOI DRODZY JAK DZIECI SĄ ODBIERANE W KOŚCIELE JEST ZALEŻNE PRZEDE WSZYSTKIM OD KSIĘDZA, NIE POTRZEBA ANI ZABAWEK, ANI JEDZENIA, WYSTARCZY TROSZKĘ DOBREJ WOLI ,ZAINTERESOWANIA DLA DZIECI I BĘDĄ CHCIAŁY CHODZIĆ DO KOŚCIOŁA!!!

  11. tsurani pisze:

    Dużo uczciwiej byłoby po prostu dzieci NIE INDOKTRYNOWAĆ! Nie narzucać im światopoglądu, którego i tak nie są w stanie zweryfikować ani pozytywnie ani negatywnie. INDOKTRYNACJA dzieci przedszkolnych to wyjątkowo cyniczna praktyka werbowania wyznawców. Na coś takiego nie wpadli nawet komuniści…

  12. Marcin pisze:

    Wow to posysa ptaszka. Jeżeli bóg chciał żeby dziecko się dobrze zachowywało w kościele to by tak uczynił. Skoro jest inaczej najwidoczniej wolą bożą są źle zachowywujące się dzieci w kościele i kropka. To oczywiste jak sprawa antykoncepcji.

  13. Zbych pisze:

    Cześć !!! art. możliwy do przeczytania tylko jak widzę bardzo ogólnikowy, mający tendencje spychania wszystkich obowiązków na rodziców. Nie które zdania winny być bardziej rozbudowane w systemie sensu i głębszego rozważenia tematu. Dajesz przykład Brytani dlaczego tego nie ma u nas - rodzice to mają zrobić czy księża. Jeżeli ktoś przychodzi do kogoś do domu obojętne sam czy z dzieckiem to wg mnie gospodarz winien tak zorganizowac przyjęcie by nikt się nie nudził. Jestem katolikiem ale to że nie chodzę do kościoła to wina leży po stronie księży ich tzw. “ględzeniem” nie potrafiących zainteresować mnie przekazywanymi tematami. Co tu dużo powiedziec - przejdz się w czasie mszy wokół kościoła , nie zastanawia Cię fakt stania ludzi przed kościołami. Kiedys przechodząc koło kościoła i widząc taką sytuację wszedłem do środka i widzę kościół pusty kilku ludzi a na zewnątrz tłumy - ciekawe co to znaczy. Sami księża są sobie winni prowadząc takie msze - jeżeli już patrzymy na zachodnie kościoły jak widać z wizerunku aż takiego problemu z dziećmi nie mają i sami rodzice nie wstydzą się gdy dziecko głośnie zapłacze lub zrobi coś “głupiego” u nas jest to naganne ksiądz się wnerwia stare mochery chcą zadeptać taką matkę itd. Czasy się zmieniają dlaczego nie ma weselszych mszy przechodziłem kiedyś koło takiego kościoła gdzie młodzi księża śpiewali przy dzwiękach gitar wszedłem do środka i co widziałem że siedzą tam nie tylko młodzi ludzie - siedzą dzieci zasłuchane, starsi i młodsi i jakoś nikomu nie przychodziło do głowy rozmawiać a dzieciom broić - ciekawe czemu, dlaczego zamyka się kościoły na klucz /wiadomo złodzieje/ gdy komuś przyjdzie ochota potrzeba sie pomodlić to co ma zrobić nie można coś wymyśleć przecież to dom Boży a księża słudzy czyli nie wypełniają swych podstawowych obowiązków pilnowania domu gospodarza /do zwolnienia/ jest bardzo wiele jeszcze życiowych przykładów które bezpośrednio biją w obie strony a ludzie dnia dzisiejszego jeszcze nie dorośli do nowych czasów.

    • Piotr pisze:

      Oczywiście - tekst jest ogólnikowy, gdyż taki był zamysł. Jeśli jednak któreś kwestie szczególnie Cię interesują, to napisz - może warto będzie je rozważyć.
      Ponadto uważam, że “spychanie wszystkich obowiązków na rodziców” to rzecz słuszna. Wszak to rodzice powinni najpełniej decydować o swoich dzieciach - nie ksiądz, nie urzędnik, nie polityk, ale rodzic. Jest on w pierwszej kolejności odpowiedzialny za wychowanie swoich dzieci.
      Takie obmywanie rąk, że “wszyscy są winni tylko nie ja”, to groźna roszczeniowość, która w konsekwencji może prowadzić do obarczania winą nawet samego Boga.
      Wydaje mi się, że warto się trochę otworzyć i poszukać sposobu najlepszego poznawania Boga. Jak zauważyłeś - kościoły wyglądają różnie. Jeśli więc wiesz jaka forma odpowiada Tobie najbardziej, to z takiej właśnie korzystaj.

  14. J23PL pisze:

    aha - tylko na 4-5-latka to nie działa - sprawdziłem osobiście nie raz

  15. Łucja pisze:

    Bardzo mądre slowa ale dla rodziców, którzy są wierzący a nie chodzą do Kościoła bo: tak ich wychowano, co powiedzą sąsiedzi, bo w przyszłości trzeba wysłać dziecko do komunii, żeby ksiądz po kolędzie się nie czepiał. Takich wśród młodych rodziców jest przynajmniej 80% (tak to oceniam). Wśród moich znajomych NIKT w domu nie czyta i nie pogłebia z dzieckiem spraw, o których była mowa w kościele. Młodzi mszę niedzielną traktują jak przykry obowiązek, który dziecko tylko utrudnia zamiast siedzieć cicho. Dziecko to słyszy i jest zagubione.

  16. Hypatia pisze:

    Wolę dziecku bajki poczytać….dla mnie jako dziecka kościól był nad wyraz męczący, jak dorosałam - nie chodzę, co za ulga !! Nareszcie wolność !!

  17. Ida pisze:

    Po prostu nie przyprowadzać dzieci do kościoła, bo się tylko zniechęcą i tak im to zostanie w pamięci- długo, nudno, niezrozumiale,słowem-zmarnowany czas.

  18. Ida pisze:

    Po prostu nie przyprowadzać dzieci do kościoła na siłę, bo tylko się zniechęcą i tak im już zostanie w pamięci-długo, nudno, niezrozumiale.Niech same wybiorą, jak przyjdzie czas.

    • Marcin pisze:

      Niestety tak nie można ponieważ jeżeli nie będzie im się prać mózgów od początku to sobie wybiorą tego boga spośród wymyślonych dla nas który jest lepszy albo w ogóle nie wejdą w to gówno.

  19. olga pisze:

    uczestniczyłam wedle słów “pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie” i… podpisałam akt apostazji, to rodzice a nie ja decydowali o mnie, nikt mi więcej wody z mózgu robić nie będzie.Amen.

    • Marcin pisze:

      A ja nie podpisywałem ponieważ… mam to w dupie… Skoro bóg nie istnieje to nie muszę mu słać papierków, że w niego nie wierdze i koniec. Nara wszystkim wierzącym, że nie wierzą.

  20. Marcin pisze:

    Ps włąściwie nie wiem po co nabijam im kasę i ich puste ego czytaniem tego blogu. Biorę się za prawdziwą naukę, czas skończyć z pustymi blogami, debilami od wiary księdzami o IQ <10 i całą resztą chorego społeczeństwa.
    JESTEM OD WAS LEPSZY WY NIEDORÓBKI, WIERZCIE WIERZCIE TRAĆCIE CZAS CZYTAJCIE, JA TO ZROBIŁEM PORAZ OSTATNI. JESTEM NAJLEPSZY JESTEM KRÓLEM ŚWIATA I WASZEGO MARNEGO BOGA, MAM NAD NIM WŁADZE CO WŁAŚNIE SOBIE UDOWODNIŁEM, PORADZIŁEM SOBIE BEZ NIEGO WIĘC GO NIE MA WIĘC JESTEM NAJLEPSZY WIWAT MI, PADNIJCIE NA KOLA MOJA CHWAŁA WAS OLŚNI.

  21. 123@vp.pl pisze:

    Indoktrynacja dzieci jest czymś strasznym. Nie dość że pokolenia które żyją teraz wierzą w bajki to indoktrynuja biedne dzieci

  22. mambajaknocczarna pisze:

    A dlaczego księża nie robią NIC, żeby msze były ciekawe także dla dzieci? Może warto byłoby w każdym kościele organizować CHOĆ JEDNĄ Mszę Św. dla dzieci.? Wtedy na pewno łatwiej by zrozumiały tę świętość. Na dzieci nie zadziała odklepywanie formułek. Na zwyczajnej Mszy nawet dorośli w czasie kazania umierają z nudów, a co dopiero maluchy.

  23. monilip pisze:

    moim zdaniem najlepszym wyjściem jest organizowanie specjalnej mszy dla dzieci. No bo nie czarujmy się - ci, którzy dzieci nie mają albo swoje odchowali będę się denerwować gdy jakiś niemowlak zapłaczę albo zacznie chodzić po całym kościele. A tak, na takiej Mszy to i kazanie jest specjalne dzieci (z pytaniami, rekwizytami), czytania są przez starszej dzieci czytane. I nikomu nie przeszkadzają dzieci w kościele bo to msza dla nich. Jeszcze co do kazań - u mnie w parafii często na początku nie wiadomo do czego zmierza ksiądz. Ale kazania zawsze dotyczmy albo święte, albo czytania, ale fragmentu ewangelii. Po prostu dzieciom nie można zaserwować pełne analizy tekstu, trzeba dość do takich samych wniosków inną droga :)

  24. M. pisze:

    Moje przemyślenia na temat udziału dzieci w Mszy Świętej wynikają z moich doświadczeń i obserwacji. Uważam, że idiotyzmem jest częstowanie dzieci w kościele jedzeniem lub piciem. Dziecko wytrzyma bez jedzenia dłużej niż czas Mszy Świętej, z głodu nie umrze. Poza tym od początku powinno być uczone skupienia, wyciszenia w tym miejscu i w czasie nabożeństwa. Jesli nie potrafi wysiedzieć - niech raczej zostanie w domu zamiast przeszkadzać innym. Dziecko do Mszy musi dojrzeć, dorosnąć - a to jest bardzo indywidualna sprawa, jedne dzieci potrafią się właściwie zachować już w wieku 3 lat, inne w wieku 5 lat. Dajmy im na to czas. Niech Msza Święta będzie dla nich czymś wyjątkowym, na co trzeba zasłużyć, a nie nudziarstwem do którego zmuszają rodzice. Nieodpowiednie zachowanie dzieci w kościele w 95 % przypadków to wina rodziców. Dzieci nie są wychowywane, nie tłumaczy się im niczego tylko wrzaskiem narzuca swoją wolę. Dzieci “się chowa” - dostają jedzenie, ubrania, zabawki - i niech nie zawracają nam głowy. Potem dziwimy się małym potworom, które za wszelką cenę usiłują zwrócić na siebie uwagę. Msza Święta to jedna z chwil, kiedy z dzieci “wychodzi” ich wychowanie, czasem jest to śmieszne, częściej przerażające. Wrzeszczące bachory biegające po kosciele, puszczające samochodziki przed ołtarzem czy objadające się paluszkami to nie rzadkość. Przeszkadzają innym w modlitwie, prowokują inne dzieci do wybryków. I ci durni rodzice, zapatrzeni w swoje potwory, spróbujcie im zwrócić uwagę! Wtedy usłyszycie, że jesteście nietolerancyjni, chamscy, wścibscy - a poza tym to nie wasza sprawa.
    Konkluzja : dzieci powinny chodzić do kościoła, ale tylko te, ktore rodzice odpowiednio przygotowali i ktore potrafią się należycie zachować. Inne - niech zostaną w domu pod opieką innych domowników lub dziadków.

  25. betka pisze:

    Dzieci we własny swój sposób sie modla.Zabawa to tez modlitwa:)Moje dzieci 3,5 i 5,5 lat chodza do kościoła i ciekawi ich wszystko.Sa grzeczne i jeśli maja jakies pytania a czesto maja to tłumacze im na czym to wszystko polega.Pozatym codziennie się modla i same o tym pamietaja.Mam super dzieciaczki:)

  26. Tomasz pisze:

    Chyba wszyscy przyjęli błędne założenie, że do kościoła zabiera się dziecko, które (coś?, dużo?) ROZUMIE. Tak naprawdę to i MY nie rozumiemy i nie chodzi o rozumienie, ale o wiarę. A w kościele KAŻDY powinien się umieć zachować. Dzieci też inaczej mają się zachowywać u cioci na imieninach, inaczej w żłobku a inaczej u w domu z mamą. My zabieraliśmy nasze córki do kościoła jeszcze zanim nauczyły się dobrze chodzić i mówić. Siedziały na naszych kolanach (unieruchomione - a jakże!), my żegnaliśmy się (bodajże tzry razy w czasie mszy jest taki moment) ich rączkami na ich piersiach i czołach), jak staliśmy, to trzymaliśmy je za ręce (ręce wzniesione “do Pana Boga”) - po prostu modlitwa ciała. Powoli - w miarę kształtowania rozumienia słów) - wprowadzaliśmy prościutkie komentarze (”teraz na ołtarz przychodzi Pan Bóg”, “w tym opłatku jest Pan Bóg, tylko tego nie widać”). Prawie nigdy nie było kłopotów. Raz, gdy mała córka miała ochotę zrobić awanturę, to gdy chciała wydobyć krzyk, zatykałem jej usta, gdy brała wdech - odsłaniałem. Trwało to może pięć cykli - szybko zrozumiała, że nie tędy droga i więcej to się nie powtórzyło. Dziś są (jedna bardziej, druga mniej) świadomymi, zamężnymi katoliczkami. PS. Bieganie po kościele i inne ekscesy można dopuścić na mszach dziecinnych, ale nie na ogólnych - wtedy to jest terroryzowanie reszty wiernych a i księdza.

    • Piotr pisze:

      Wydaje mi się, że trafnie dotknąłeś problemu, choć przyjąłbym jednak, że chodzi tutaj o “rozumienie - wiary”. Jeśli rodzic rozumie na czym polega uczestnictwo na mszy, to różnymi metodami stara się to przekazać dziecku. Tylko ten, który nie rozumie wiary - ucieka od jej przedstawiania i wyjaśniania swoim pociechom. Oznacza to jednak, że taki rodzic, mimo swej dorosłości jest duchowo na poziomie dziecka. Wówczas powinien być to wyraźny sygnał, by sięgnąć po więcej w swoim wyznawaniu Boga.
      Cieszę się, że są jednak pozytywne przykłady.
      Serdecznie pozdrawiam

  27. magd pisze:

    Witaj, ciekawy teks. Z dzieciństwa pamiętam że kościół kojarzył mi się ze starszymi wyfiolkowanymi matronami, nudnymi kazaniami i zimnem. Pewnie dla tego, że chodziłam na mszę razem z babcią.

    U nas w kościele zrobili osobną mszę dla dzieci i młodzieży, gdy przyprowadzam młodszego brata, widzę że nie nudzi się tak, jak ja w jego wieku:) trudno oczekiwać 100% skupienia od dzieci, nawet jeśli dla nas przestrzeń kościoła to sacrum.
    pozdrawiam

  28. Ewa pisze:

    nie zgodze sie z toba i to w wielu kwestiach. Kosciol to przestrzen ktora powinna pomiescic i dostojnikow i plasaczy…nazywanie dziecka plasaczem jest juz szczegolnie niedojrzale…matka ktora wedlug ciebie plasa to matka ktora z cala stanowczoscia zamienilaby sie z niejednym dostojnikiem, ale ta matka ryzykujac spjrzenia dostojnikow przyprowadzila dziecko, aby moglo w najmniejszy ale jednak sposob zglebiac swietosc Kosciola, nie kosciola jak sugerujesz. Moja propozycja, msze dla dzieci, DLA DZIECI, bez dostojnikow, 20 minut niedzielnej katechezy, jak wolisz przed lub po obiadku, Katechezy a nie modlitwy o laske do dostojnikow, ktorej dzieci nie rozumieja. Moze czas zastanowic sie na tym ktora droga prowadzi sie ludzi do Boga, a nie tlamsic wiary matek i ojcow, nazywajac ich plasaczami, jeden z moich profesorow na teologii lubilmawiac, ze wiara sie zawsze obroni…..

  29. jlv pisze:

    W naszej parafii dość dawno temu (jakieś 20 lat) ksiądz wprowadził Mszę Świętą dla małych dzieci. W przeciwieństwie do zwykłej Mszy niedzielnej była ona krótka, trwała niecałe pół godziny. Procedurę nabożeństwa uproszczono do granic dopuszczalnych przez prawo kościelne. Mało tego, ksiądz zezwalał, by dzieci chodziły po kościele w czasie nabożeństwa. Oczywiście nie na ołtarz, ale tak po reszcie. Co się okazało. Początkowo szło pięknie. Pół godziny to i małe dziecko wytrzyma, osłucha się z wezwaniami i responsami i tak sukcesywnie coraz bardziej angażuje się w uroczystość. A jak zrobi sobie spacerek po kościele, to Bogu od tego nie ubędzie. Niestety, pomysł trzeba było zarzucić, ale nie z winy dzieci, ale dorosłych. Bo logiczne, że 5-letnie dziecko przychodzi z rodzicami. Bywało, że z jakichś przyczyn nagle się rozpłakało. Wtedy na moment ksiądz przerywał nabożeństwo i prosił matkę czy ojca, by udało się z nim na zachrystię i je uspokoiło.
    Ale zaczęło się tak, że na te Msze zaczęły przychodzić stare babcie lub ludzie z dziećmi w wieku 25 lat. I tak średnia wieku, zamiast wynosić ok. 20 lat wzrosła do 50 i wyżej. Bo po co iść na pełną Mszę, skoro jest wersja short? Prośby księdza nie pomogły. Ksiądz zastosował inną taktykę: zaczął powoli wydłużać Mszę do pełnej godziny. Dalej dzieci mogły sobie biegać po kościele, ale doszło kazanie (na poziomie dla dzieci), wydłużyła się prefacja i tak dalej. Proces trwał około roku. I średnia wieku spadła do poprzedniej wartości. I kto tu winny? Ksiądz czy parafianie chodzący na Mszę na zasadzie: byle szybciej?

  30. Paweł pisze:

    Cieszę się, że wiele komentarzy dotyka senda problemu, czyli uświadomienia sobie, że Kościół to WSPÓLNOTA. Czyli z jednej strony ksiądz, z drugiej my czyli parafianie. Wydaje mi się, że w wielu parafiach mogłoby być lepiej gdyby istniała wspólna chęć księży i rodziców. Trzeba sobie zdać sprawę, że często dużo można poprawić i załatwić gdy zwyczajnie spróbuje się zebrać grupę rodziców i porozmawiać z księżmi z parafii. Rozwiązania mogą być różne, ale ich powodzenie będzie zależało zawsze od świadomości rodziców i chęci księży (to drugie można, a czasem trzeba wywalczyć, choć jak wynika z komentarzy w niektórych parafiach księża sami na to wpadają). Wiara małych dzieci jest taka jak wiara ich rodziców. U mnie w domu nigdy nie było z tym problemów, choć przecież wielokrotnie jako mały szkrab nudziłem się na mszy okropnie, ale widząc wiarę rodziców i ich podejście sam starałem się do nich dostosować. Dzieciaki bawiące się w najlepsze w Kościele niczym w piaskownicy, to nie wina księdza (choć niektórzy mogliby wykazać więcej zrozumienia), ale powszechnej braku umiejętności wychowawczych i zjawisko to zaliczyłbym do tego samej grupy problemów co 6 latki biegające po “blokowisku” z kamieniami używające języka wprawiającego w zdumienie nawet ludzi, którym do wieku “moherów” brakuje jeszcze kilkadziesiąt lat.


Trackbacks/Pingbacks

  1. Szopka piotr | Atravelstory 28 08 11

Skomentuj


Proudly using Dynamic Headers by Nicasio Design